Ta strona wykorzystuje pliki cookies ("ciasteczka"). Jeśli nie wyrażasz zgody, ustawienia dotyczące plików cookies możesz zmienić w swojej przeglądarce.

162 rocznica urodzin O. Dehona ...

Opublikowano: poniedziałek, 14 marzec 2005

 

W poniedziałek, 14 marca Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego obchodziło 162 rocznicę urodzin założyciela o. Jana Leona Dehona. Ten dzień był szczególną okazją do modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne do zgromadzenia Księży Sercanów. Mszy św. koncelebrowanej przewodniczył ks. Proboszcz Florian Gruca SCJ. Kazanie okolicznościowe o wierności powołaniu wygłosił ks. Mirosław Daniluk SCJ.

Wśród licznie zgromadzonych na modlitwie Parafian swoją obecność zaznaczyli członkowie Ruch Sercańskiej Młodzieży i Sercańskiej Wspólnoty Świeckich poprzez prowadzenie adoracji eucharystycznej i oprawę liturgiczną Mszy św.    

 

 

O. Jan od Serca Jezusa, Leon Dehon. Wierność Powołaniu

(Kazanie Księdza Mirosława Daniluka SCJ)

To Opatrzność Boża opiekuje się światem i kieruje jednostkami ludzkimi, wyznaczając im misję do spełnienia. Tę misję nazywamy powołaniem. Młodemu człowiekowi w odkryciu powołania i w jego realizacji powinni pomóc rodzice, którzy jako najbliżsi znają go najlepiej. Młody człowiek potrafi znaleźć szczęście jedynie przez realizację własnego powołania, które musi uwzględniać jego naturalne skłonności i uzdolnienia, pochodzące od Boga. Rzecz to naturalna, że rodzice, kochający własne dzieci, pragną ich szczęścia. Nieraz jednak wizja szczęścia, prezentowana przez rodziców, nie ma nic wspólnego z rzeczywistym szczęściem ich dzieci. Dzieje się tak wtedy, kiedy rodzice nie liczą się z ich pragnieniami i skłonnościami, a co więcej swoją wizję realizują przy pomocy moralnego przymusu, który niekiedy przynosi efekt.

Trzeba zadać sobie pytanie: Czy może być szczęśliwa dziewczyna, skłaniana przez rodziców do małżeństwa, nawet z bardzo uczciwym chłopakiem, którego nie darzy uczuciową miłością, za którego pragną wydać ją rodzice? Czy może być szczęśliwym ktoś, kto wykonuje zawód, którego nie lubi, ponieważ rodzice posłali go do szkoły, nijak nie pasującej do jego zamiłowań i naturalnych zdolności? Znam dobrze rodziców, którzy jedną ze swoich córek, posłali do liceum ogólnokształcącego, zgodnie z wolą ojca, który przez lata był kierownikiem szkoły. A jej marzeniem było być krawcową. W liceum jej nie szło. Cały pierwszy rok był pełen napięć i niepowodzeń. Rodzice w porę zrozumieli swój błąd, przenieśli ją do technikum krawieckiego. Zniknęły problemy związane z nauką, ukończyła technikum, znalazła się na swojej drodze. Czy może być szczęśliwym ksiądz, którego matka, a nie on, miała powołanie i zrobiła wszystko, używając perswazji, aby wstąpił do seminarium? Myślę, że odpowiedź jest jednoznaczna.

Rodzice mają być tylko życzliwymi doradcami, a ostateczny wybór pozostawić dzieciom. Muszą uszanować ich wolność, stanowiącą najwyższą wartość, ponieważ Bóg stwarzając człowieka, uczynił go wolnym. Z doświadczenia wiemy, że nikogo na siłę nie da się uszczęśliwić. Niewolnik bowiem nigdy nie będzie szczęśliwy.

Sytuacje uszczęśliwiania własnych dzieci wbrew ich woli zdarzały się w przeszłości, i pewnie zdarzać będą w wielu rodzinach.

Zdarzyły się także w rodzinie ks. Leona Dehona, późniejszego Jana od Serca Jezusa, założyciela naszego zgromadzenia zakonnego. Jego ojciec Aleksander , po szkole podstawowej w rodzinnym La Capelle, położonym ok. 50 km na północny wschód od Saint Quentin wysłał go w 1855 r. na cztery lata do znanego kolegium w Hazebrouck we Flandrii, oddalonego od La Capelle ok. 100 km. na północny zachód. Kolegium prowadzili księża, fachowi nauczyciele i doświadczeni wychowawcy. Wywierali oni dobry wpływ na Leona, szanował ich wszystkich, a z dwoma blisko się zaprzyjaźnił, utrzymując z nimi kontakty aż do ich śmierci. Tu w Hazebrouck, Leon już na początku pobytu, usłyszał głos wzywający go do kapłaństwa, głos który – jak pisze w swoich pamiętnikach – stopniowo się nasilał, a najmocniej dał się słyszeć w Boże Narodzenie 1856 r., w czasie pasterki u oo. kapucynów. Wyznaje, że pragnął już wtedy zostać zakonnikiem lub misjonarzem. W 1859 r. szesnastoletni Leon ukończył kolegium o profilu klasycznym i zdał maturę. Przyjechał do rodzinnego domu na wakacje. Po kilku dniach, po raz pierwszy, wyjawił rodzicom tajemnicę swego powołania, prosząc o pozwolenie na wstąpienie do seminarium św. Sulpicjusza w Paryżu. Wiadomość ta spadła na ojca jak grom z jasnego nieba. Ojciec, który stracił wiarę podczas studiów i był człowiekiem religijnie obojętnym, chciał zrealizować swoje ambicje, widząc syna adwokatem, sędzią lub dyplomatą. Powiedział, że nigdy nie zgodzi się na wstąpienie do seminarium. Syn jednak dał ojcu do zrozumienia, że powołaniu pozostanie wierny, chociażby nawet miał czekać aż do czasu swojej pełnoletniości i uzyskania swobody działania. Ojciec postanowił wysłać Leona na studia do Paryża. Matka Adela Stefania, z domu Vandelet uległa ojcu i zgodziła się na wyjazd. Sama głęboko wierząca, wychowana w młodości w pensjonacie sióstr Bożej Opatrzności, lękała się, aby obce miasto, pełne atrakcji i luksusu, nie stało się grobem dla jego wiary i ludzkiej godności.

W Paryżu, w Instytucie Barbeta, Leon przygotował się do studiów na politechnice. W lipcu 1860 r. uzyskał licencjat z nauk ścisłych, stanowiący warunek przyjęcia na tę uczelnię. Jednak, myśląc perspektywicznie, nie poszedł na politechnikę, lecz zapisał się na wydział prawa, podobnie jak jego starszy brat Henryk, z którym wspólnie zamieszkał, uważając, zresztą słusznie, że te studia przydadzą mu się bardziej w kapłaństwie niż studia techniczne. Matka mogła być spokojna o religijny i moralny los Leona, który związał się w Paryżu z parafią św. Sulpicjusza, tu uczestniczył prawie codziennie we mszy św., raz na tydzień regularnie spowiadał się u jednego spowiednika, działał w studenckim kółku katolickim i w Konferencji św. Wincentego a Paulo, niosąc pomoc ubogim i chorym.

Dnia 2 kwietnia 1864 obronił doktorat z prawa cywilnego. Napisał w pamiętnikach: Byłem doktorem. Stanowiło to ważny etap w moim życiu. Przyrzekłem ojcu, że dojdę aż dotąd. Mogłem się spodziewać, że pozwoli mi pójść za moim powołaniem.1

Po obronie razem ze swym przyjacielem archeologiem Leonem Palustrem, którego poznał w Paryżu, i z którym zamieszkał po wakacjach 1862 r., dzieląc razem pokój, przyjechał do domu rodzinnego. Po moim powrocie do La Capelle – relacjonuje Leon – miałem omówić z rodziną wielki problem mego powołania. Było to trudne. Ojciec obiecał kiedyś, że zostawi mi swobodę podjęcia decyzji, gdy będę doktorem. Jednakże teraz, kiedy nadszedł ten moment, nie chciał się jeszcze poddać. Opatrzność Boża posłużyła się tym usposobieniem ojca, by zaprowadzić mnie do Ziemi Świętej, gdzie moja wiara i powołanie znajdą nowe oparcie.2 To Palustre zaproponował Leonowi Dehonowi podróż do Ziemi Świętej, na co ojciec Leona wyraził skwapliwie zgodę, mając nadzieję, że atrakcyjna podróż wpłynie na zmianę zamiarów syna. W 1864 w sierpniu razem ze swoim przyjacielem rozpoczęli więc, trwającą 10 miesięcy podróż, która zaprowadziła ich przez północne Włochy, Dalmację, Albanię Grecję, Egipt aż do Ziemi Świętej. Miejsca związane z życiem i działalnością Chrystusa, zapadły mu głęboko w serce. Umocniony duchowo, w drodze powrotnej, rozstał się ze swoim przyjacielem i udał się po raz pierwszy w życiu do Rzymu, gdzie spędził 10 dni, od 14 do 25 lipca 1865. Rzym zrobił na nim wielkie wrażenie. W jego sanktuariach maryjnych, na grobach męczenników i świętych modlił się o łaskę dojścia do upragnionego celu, do kapłaństwa. Dzięki listowi polecającemu Félixa Antoine’a Dupanloupa, wybitnego biskupa Orleanu,a także przyjaciela polskiej emigracji postyczniowej, którego poznał w czasie studiów we Francji, Leon został przyjęty na audiencji prywatnej przez papieża Piusa IX: „Mówiłem mu – wspomina Leon Dehon – o mojej pielgrzymce do miejsc świętych, o powołaniu i niezdecydowaniu co do wyboru moich studiów. Poradził mi Seminarium Francuskie w Rzymie. Ta decyzja byłą zgodna z moimi skłonnościami.3 Po audiencji załatwił formalne przyjęcie do Seminarium Francuskiego. Odzyskał wówczas spokój ducha. Powrócił do Francji, do rodzinnego domu w La Capelle. Krótkotrwała radość rodziców z jego powrotu została wnet zmącona wiadomością o wstąpieniu syna do seminarium. Cierpiał dotkliwie ojciec, nie mogąc pogodzić się z ta decyzją, która burzyła misternie budowane zamki marzeń jego wyobraźni o ziemskiej karierze syna. Opuściła Leona także matka, na której pomoc liczył, co tym boleśniej przeżywał. Sama – jak pisze Dehon – pobożna, pragnęła abym i ja był pobożny, przerażało ją jednak kapłaństwo. Sądziła, że przestanę należeć już do rodziny i że mnie utraci. Musiałem po męsku potraktować moje serce, by opierać się wszelkim atakom, których miałem doświadczyć. Czasem byłem twardy dla moich rodziców. Było to dla nich potrzebne. Powiedziałem im, że jestem dorosły i chcę być wolnym. Zgodzili się na mój wyjazd, lecz sceny z płaczem powtarzały się często.4 Scena taka miała miejsce także na dworcu kolejowym w Saint Erme, kiedy wyjeżdżał do Rzymu. Skoro ojciec i matka płakali, jakże i ja mógłbym powstrzymać się od łez? – wyznaje ze szczerością Leon5. Do Rzymu przybył 27 października 1865 r. Prowadził z rodzicami częstą korespondencję, zapewniając ich o swojej synowskiej miłości oraz informując o swoim życiu i studiach. Ojcu próbował wyjaśnić problem swego powołania. W liście z 14 stycznia 1867 r. napisał.:Dowiedziawszy się, drogi ojcze, że twój syn jest szczęśliwy pomyślnością prawdziwą i doskonalszą od tej, jaką dają bogactwa i zaszczyty światowe, będziesz również i ty szczęśliwszy i nie będziesz żałował, że poszedł on drogą, na którą go powołała łaska Boża. Ból, jaki odczuwasz, jest następstwem mylnego rozumowania, a gdy to pojmiesz, będziesz dziękował Bogu i mnie błogosławił i wdzięczność będziesz miał do mnie za to, że postępowałem wbrew twoim życzeniom. Opłakujesz zaszczyty i bogactwa, których mi życzyłeś, i sądzisz, że moje uczucie dla ciebie zmalało. Mylisz się jednak. Godność kapłańska nie pozbawia zaszczytów, bo jest przecież najbardziej zaszczytną godnością, jaką można sobie wyobrazić na ziemi….O, gdybyś miał wiarę żywą, odczuwałbyś wielkość tej godności….Jeżeli zaś chodzi o moje uczucie dla ciebie, jest ono żywsze i prawdziwsze niż kiedykolwiek. Nie będę miał nigdy innej rodziny i jeszcze bardziej będę należał do ciebie. Nigdy nie modliłem się żarliwiej za ciebie i nigdy również nie odczuwałem większej, należnej ci, wdzięczności i synowskiej miłości, na którą zasługujesz.6 Leonowi przede wszystkim leżało na sercu zbawienie ojca. W odpowiedzi na jego list z 2 maja 1867 pisze: Mój drogi Ojcze, twój list wyraża prawdziwe uczucia religijne, które sprawiły mi radość. Uznajesz potrzebę dobrej modlitwy, lecz Wielkanoc twoją odkładasz tylko dlatego, że czujesz się jej niegodnym. Oby to jednak Cię nie wstrzymywało. Sakrament pokuty jest lekarstwem, jak powiedział Chrystus Pan i dlatego jest ustanowiony raczej dla tych, którzy są chorzy, niż dla tych, którzy czują się dobrze.7 Na prośbę Ojca Leon zgodził się opóźnić święcenia subdiakonatu, lecz w tym samym liście zadaje Ojcu pytanie: Lecz czy zdajesz sobie sprawę, jak ogromna jest to dla mnie ofiara i jakiej godności, obfitości łask oraz siły mnie pozbawiasz? Pragnę jednak nade wszystko zobaczyć, jak zanika smutek, któremu poddajesz się bez powodu. Miałbym z pewnością prawo prosić Cię, abyś i Ty ze swej strony podjął małą ofiarę, nie tylko dla mnie, lecz raczej dla Twojego dobra, abyś znalazł ten spokój sumienia, który jest źródłem wszelkiej radości i wszelkiego szczęścia. Nie chciałbym jednak stawiać tego jako warunku. Wolę, abyś ją złożył z całą ochotą serca, dając Bogu z wielką szczodrobliwością to minimum, o które Cię prosi. Prawo Boże nie jest wcale za ciężkie…. Wiesz i sam tego doświadczyłeś, jaką radość wewnętrzną i spokój daje uporządkowane sumienie. Zrób to we własnym interesie: rzecz to łatwa, potem będziesz szczęśliwy.8 Takimi listami Leon pragnął przygotować ojca do pełnej akceptacji swego kapłańskiego powołania i pozyskać dla praktyk religijnych, a zwłaszcza skłonić go do odbycia, tak długo, odkładanej spowiedzi. Była to sprawa trudna. Przy każdej nadarzającej się okazji, drążył i niepokoił wnętrze Ojca, a najsilniejszym argumentem, którym szafował, było zapewnianie ojca o swojej dla niego miłości. Dnia 2 listopada 1868 do Rzymu przybyli rodzice Leona, którzy codziennie spotykali się z synem. Ojciec wzruszony był pobytem w Rzymie – pisze Leon. Jego wiara wzmacniała się z dnia na dzień. Jakże wymownym świadectwem wiary były bazyliki, katakumby, groby męczenników i mieszkania świętych? Trzeba by być z kamienia, aby pozostać niewrażliwym na tyle głosów przemawiających do duszy.9 Modlitwy matki i syna o nawrócenie ojca, zdawały się osiągać swój cel. Leon miał otrzymać święcenia w czerwcu. Ks. Melchiorowi Freydowi, przełożonemu Seminarium Francuskiego, przyszła myśl przyśpieszenia święceń Leona, aby rodzice mogli w nich wziąć udział. Matka przyjęła tę propozycję z wdzięcznością, ojciec zaś z rezerwą i zastrzeżeniami, później jednak wyraził na to zgodę. Na audiencji u Ojca św. 15 listopada 1868 r. prośbę Leona o udzielenie święceń kapłańskich przed zakończeniem studiów teologicznych przedstawił pap. Piusowi IX sam Ojciec. Ten, który najbardziej się święceniom syna sprzeciwiał, teraz o nie prosił. Był to triumf łaski – jak stwierdził Leon. Papież zezwolenia udzielił. Dnia 19 grudnia 1868 r. w gronie 200 kleryków zakonnych i diecezjalnych z wielu narodowości przyjął Leon święcenia kapłańskie w bazylice św. Jana na Lateranie. Moi rodzice – wspomina – stali za mną, lejąc łzy bez końca. Ojciec nie mógł jeść tego dnia. Wrażeń odniesionych z tych święceń nie da się łatwo wyrazić: zostałem kapłanem, własnością Jezusa, byłem cały Nim przepełniony, Jego miłością ku Ojcu, jego pragnieniem ratowania dusz ludzkich, jego duchem modlitwy i ofiary. Po przyjęciu święceń, idąc do zakrystii, by się rozebrać, obróciwszy się zobaczyłem matkę klęczącą przede mną, aby otrzymać moje pierwsze błogosławieństwo. Tego było za wiele, szlochałem ze wzruszenia. Wróciłem do seminarium w towarzystwie moich dobrych rodziców, wyczerpany pod wpływem silnych przeżyć. Mój ojciec został całkowicie zdobyty, przyrzekł przyjąć komunię św. nazajutrz, podczas mojej pierwszej Mszy św., i poszedł do spowiedzi do ks. Levala, przełożonego kapelanów francuskich kościoła św. Ludwika, kapłana świętego, nawróconego z judaizmu. Podczas następnych lat mój ojciec nie mówił nigdy o ks. Leval bez silnego wzruszenia i wyrazów głębokiej wdzięczności.10

Tak zakończyła się trudna, i nieraz bolesna, droga Leona do kapłaństwa i jego walka o nawrócenie ojca.

Prośmy gorąco Boga, aby duchowi synowie Jana od Serca Jezusa, Leona Dehona, na którego rychłą beatyfikację z upragnieniem czekamy, tak byli wierni swojemu kapłańskiemu powołaniu, jak on był mu wierny, i kochali swoich rodziców głęboką i mądrą miłością, której dał im przykład. Amen.

Cytaty w przekładzie polskim z: S. Sidełko, O. Leon Jan Dehon, założyciel Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego, 1843-1925,Kraków 1988.
1NHV 2, 66.; 2NHV 2, 70.; 3NHV 4, 98.; 4NHV 4, 101.; 5NHV 4, 102-103.; 6NQ 6, 87.; 7NQ 6, 102.; 8Tamże.; 9NHV 6, 77.; 10NHV 6, 81-82.